Czy każdy mebel zasługuje na drugą szansę? Jestem pewna, że tak!

Często w domach naszych rodziców czy dziadków można znaleźć stare, zniszczone meble, które na pierwszy rzut oka nie wyglądają zachęcająco. Jednak jeżeli uruchomisz trochę swoją wyobraźnię, zobaczysz, że wystarczy pomysł, wiedza i trochę pracy, a efekt może przejść Twoje najśmielsze oczekiwania.

Tak też było w przypadku tej szafy, która po śmierci mojej Babci miała zostać spalona. Gdy tylko się o tym dowiedziałam, razem z moim mężem i tatą pojechaliśmy do Szczebrzeszyna na ratunek.

Szafa była rozebrana na części, ale na szczęście każda z nich była ponumerowana, co znacznie ułatwiło późniejsze składanie.

Ale zanim zabraliśmy się za dopasowywanie elementów, należało wykonać bardzo ważną rzecz – usunąć korniki, a śladów po nich było naprawdę sporo. Gdy zastanawialiśmy się jak to zrobić, przyszedł nam do głowy pewien pomysł – niedaleko naszego domu znajduje się zakład stolarski z suszarnią na drewno, a wiedzieliśmy, że korniki nie lubią wysokich temperatur. Zapytaliśmy pana stolarza czy dorzuci naszą szafę do suszarni, zgodził się i po kilku dniach wszystkie elementy były wolne od korników.

Szafa, tak jak głosi tytuł wpisu, ma ponad sto lat. Wykonana w całości z drewna, nie ma w niej ani jednego gwoździa, prowadnicy czy innych „nowoczesnych” rozwiązań, w związku z czym jej składanie wymagało odpowiedniego podejścia zarówno mentalnego jak i fizycznego 🙂 Mój mąż poradził sobie z tym zadaniem znakomicie.

Niestety nie mam ani jednego zdjęcia szafy z przed malowania (pamiętajcie – zawsze róbcie zdjęcie mebla zanim go pomalujecie!).

 

Zainspirowana projektem Ildiko Horvath z Restored4u postanowiłam pomalować szafę korzystając z podobnego połączenia kolorów.

W tym przypadku użyłam ich dużo – Duck Egg Blue, Antibes Green, Napoleonić Blue, Amsterdam Green i Aubusson Blue, wszystkie z palety farb kredowych Annie Sloan. Połączenie przygaszonej zieleni z błękitami i granatem było strzałem w dziesiątkę!

Gdy pomalowałam cały mebel, czegoś zaczęło mi brakować i przyszło mi do głowy, że namaluję na niej ptaki, które mnie zawsze fascynowały. Wtedy jeszcze myślałam, że nie umiem malować i cały proces był dla mnie mocno stresujący. Efekt końcowy uważam za naprawę dobry, chociaż wiem, że teraz namalowałam to o wiele lepiej.

Szafa stanęła w wiatrołapie mojego domu, gdzie skomponowała się z zielonymi drzwiami wejściowymi. Nie jest idealna – szuflady ciężko się otwierają, drzwi się nie domykają i na pewno można znaleźć jeszcze kilka innych wad, jednak mam do niej ogromny sentyment – jest jedyna w swoim rodzaju, ma za sobą kawał historii i przypomina mi o Babci ze Szczebrzeszyna.